Wybierz region

Wybierz miasto

    Pośmiertny żywot Hitlera

    Autor: Agnieszka Kulawiak

    2007-10-24, Aktualizacja: 2007-10-25 07:30

    W piątek na ekrany kin wchodzi niemiecka komedia Daniego Levy’ego „Adolf H. – Ja wam pokażę”. To przyrodnicza osobliwość , bo chociaż filmów o Führerze było mnóstwo, to po raz pierwszy ...

    W piątek na ekrany kin wchodzi niemiecka komedia Daniego Levy’ego „Adolf H. – Ja wam pokażę”. To przyrodnicza osobliwość , bo chociaż filmów o Führerze było mnóstwo, to po raz pierwszy doczekaliśmy się komicznej opowieści o Wodzu, wyprodukowanej w Niemczech.

    Reżyserem jest Szwajcar, więc może dlatego bez skrupułów potraktował złowrogą postać sprzed przeszło pół wieku, co do której spora część Niemców do dziś żywi co najmniej ambiwalentne uczucia. A jednak na głowę reżysera i tak posypały się gromy: choć jego Hitler to zramolały bałwan, niezdolny nie tylko do rządzenia państwem, ale nawet najprostszej publicznej wypowiedzi, Levy’emu zarzucono próbę wybielenia dyktatora.
    Jakim cudem? Ano jak zwykle poszło o szczegóły. Mianowicie u kresu wojny, gdy Wódz zapomniał już o podboju świata, a u bram Berlina stoi sowiecka horda, filmowy Goebbels wpada na genialny pomysł. Postanawia wybudować tekturową makietę Berlina, na tle której Führer wygłosi płomienną mowę. W efekcie armia i lud zerwą się do wielkiego kontrataku, który przyniesie upragnione zwycięstwo.
    Makieta to pryszcz. Problem w tym, że Wódz jest tak schorowany i wykończony psychicznie, że z matematyczną bezwzględnością nie podoła zadaniu. I dlatego Goebbels wyciąga z obozu koncentracyjnego żydowskiego więźnia profesora Adolfa (!) Gruenbauma. To nie byle kto – jest aktorską sławą sprzed wojny, więc z pewnością zdoła przygotować Wodza do karkołomnego wyczynu.
    W tym właśnie szkopuł. Otóż profesor z biegiem czasu zaczyna współczuć swojemu zdruzgotanemu uczniowi, w czym czujni krytycy dopatrzyli się niebezpiecznego relatywizowania postaci nazistowskiego mesjasza. Innymi słowy, człowiek tak jednoznacznie zły jak Hitler nie powinien być pokazywany jako nieporadny, zasługujący na współczucie starzec. Prostactwo zarzucono też filmowej egzegezie zła, według której (upraszczając) Führer został krwiożerczą bestią, bo w dzieciństwie miał pecha i trafił w łapy ojca sadysty. Co, swoją drogą, wydaje się całkiem prawdopodobne.
    Ale w powodzi intelektualnej krytyki zapomniano o tym, że film jest przede wszystkim artystyczną porażką. Owszem, mamy tu zabawną scenkę. Oto Hitler tuż przed strategiczną przemową trafia do fryzjera, by zadbać o swój image. Golibroda niechcący przycina mu połowę charakterystycznego wąsika, przez co Adolf wpada w szał i traci głos. Niewiarygodny balet, jaki przy tym wyprawia, rozbawi nawet najzagorzalszego antynazistę. Tylko że jedna zabawna scena na cały film to za mało, żeby uznać go za kinematograficzny przełom.
    Pierwsza niemiecka komedia o Hitlerze to po prostu zwykła klapa. Zaczekajmy spokojnie na następną, a tymczasem cieszmy się bardziej udanymi dziełami o Führerze, których nie brakuje w historii kultury.
    Ranking otwiera słynny „Dyktator” Charliego Chaplina z roku 1940. Akcja filmu rozgrywa się w Tomanii, gdzie rządzi dyktator Hynkel (w tej roli sam Chaplin). Hynkel jest łudząco podobny do żydowskiego fryzjera, który zbiegł z obozu koncentracyjnego. Nieuchronna zamiana ról pociąga za sobą lawinę gagów, z niezapomnianą sceną, w której rzekomy dyktator wygłasza przemówienie będące parodią publicznych wystąpień prawdziwego Hitlera.
    Co ciekawe – film uważany dziś za arcydzieło, w Stanach został przyjęty co najmniej chłodno. Reżyser, który wyłożył własne pieniądze na realizację „Dyktatora”, spotkał się z atakiem ze strony Hollywood. Zarzucano mu, że igra z ogniem i naraża europejskich Żydów na dodatkowe szykany.
    Choć film stał się klasykiem gatunku, żaden twórca nie ruszył w ślady Chaplina. Postać Hitlera okazjonalnie trafiała do kabaretów, ale i to kończyło się skandalami. Gdy w latach 70. w jednym z odcinków komicy z grupy Monty Python pokazali w telewizji skecz „Hitler w Anglii”, posypały się głosy oburzenia. Dowcipkujący Hitler i Himmler, którzy odnaleźli się po wojnie w hoteliku na brytyjskiej prowincji, byli nie do przełknięcia dla publiczności. Komikom zagrożono nawet sądem, jeśli nadal będą kręcić równie prowokujące dowcipy. Na trzy dekady nad Hitlerem na wesoło zapadła cisza.
    Ostatnie lata przyniosły zmianę nastawienia do krwawego Adolfa. Jeszcze w 2004 r. obejrzeliśmy „Upadek” Olivera Hirschbiegela, mroczne studium upadku na wpółobłąkanego hitlerowskiego wodza.
    Ale nieoczekiwana zmiana wizerunku przyszła ze strony literatury. Oto znany francuski pisarz Eric-Emmanuel Schmitt ogłosił, że niebawem ukaże się jego książka, w której Hitler zostanie potraktowany szyderczo. W 2001 r. w pisanym na gorąco dzienniku zanotował, że nie należy rozumieć Hitlera – trzeba go wyśmiać. I faktycznie, książka Schmitta „Przypadek Adolfa H.” (polska premiera za tydzień) to wyjątkowo niemiłosierne spojrzenie na nazistowskiego dyktatora. Hitler to zakompleksiony despota, pacykarz, który nie dostał się do Akademii Sztuk Pięknych. Ale jednocześnie pisarz spogląda na niego współczująco: dostrzega w nim zadowolonego z siebie człowieka i spełnionego mężczyznę.

    Sonda

    Czy według Ciebie nauczyciele powinni stosować taką formę protestu jak strajk?

    • Tak (59%)
    • Nie (41%)
    • Nie mam zdania (0%)