Joe Haldeman Joe Haldeman

(© Michał Potocki)

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij

Joe Haldeman opowiada o sukcesie "Wiecznej wojny", doświadczeniach z Wietnamu i problemach z ekranizacją książki.

Joe Haldeman to jeden z najbardziej znanych amerykańskich pisarzy science fiction. "Wieczna wojna" z 1974 roku to pacyfistyczna powieść, za którą otrzymał mnóstwo nagród. Nawiązał do niej w powieściach "Wieczny pokój" oraz "Wieczna wolność". W kwietniu 2015 roku był gościem Pyrkonu.

Zobacz również: Pyrkon 2015: fantastyczne duety i grupy [zdjęcia]

Jest Pan najlepiej znany jako autor “Wiecznej wojny”, ale napisał Pan mnóstwo innych utworów. Czy nie przeszkadza Panu łatka autora tej właśnie powieści?

Przywykłem do tego. Nie mogę mieć pretensji, ponieważ „Wieczna wojna” jest odpowiedzialna za mój sukces. Dzięki niej zrobiłem z pisania sposób na życie. Bez niej nie miałbym innych mniejszych sukcesów. Mógłbym żyć dzięki wpływom za inne książki, ale bez „Wiecznej wojny” te mogłyby wcale nie powstać.

Ma Pan szczęście, że to była jedna z Pańskich pierwszych powieści.

Jasne. Była czwarta. Powstała na początku zawodowej drogi pisarskiej.

„Wieczna wojna” ma swój początek w opowiadaniu „Hero”.


Rzeczywiście, została napisana jako seria nowel. Wychodziły w „Analog Magazine”. I z tego żyłem w tamtym czasie. Później złożyłem je w powieść. Wystarczyło dodać i zmienić numery stron. Pierwszą był wspomniany „Hero”, a kolejne to: „We are very happy here”, „This best of all possible worlds” oraz „End game”. Do późniejszych wersji powieści dodałem też „You can never go back”.

Pomysł, by pokazać Ziemię zmieniającą się diametralnie za każdym razem, gdy żołnierze wracają z misji, również pochodzi z wcześniejszych prac?

Zrobiłem to samo w opowiadaniu, które napisałem rok przed pomysłem „Wiecznej wojny”. Nosiło tytuł „Time Piece”.

Podobno został Pan odesłany z kwitkiem osiemnaście razy, próbując wydać powieść. Książka miała potencjał, co zostało potwierdzone przez późniejsze nagrody Nebula i Hugo.

Prawie wszyscy powiedzieli, że lubią opowieść, ale jej wydanie było politycznie niepoprawne. Nikt nie chciał czytać o Wietnamie, nawet w otoczce fantastyki. Wojna ciągle trwała.

A co Pan na niej robił?

Byłem człowiekiem demolką, czyli inżynierem wojskowym. Głównie oczyszczałem las z drzew pod obozy czy drogi, tworzyłem podstawy okopów i bunkry. Detonowałem ładunki wybuchowe z bezpiecznej odległości. Kilka razy się ostrzeliwałem, ale na szczęście nie musiałem tego często robić. Nigdy nie chciałem nikogo zabijać, nie chciałem też być w Wietnamie.

Udało się go opuścić, choć w nieco przerażających okolicznościach.

Zostałem trafiony kulą w zasadzce. Przechodziłem koło pułapki, która wybuchła. Gdyby kula została wystrzelona z karabinu, pewnie bym nie żył, a tak spędziłem sporo czasu w szpitalu. Ten został zaatakowany przez wroga. Moje papiery zaginęły i na dłużej tam zostałem. Uznałem, że może lepiej się nie wychylać.

„Wieczna wojna“ jest często stawiana w opozycji do „Kawalerii kosmosu” Roberta A. Heinleina. Słusznie?

Oczywiście, jest przecież biograficzna i antywojenna. Opowiada o niechętnym i opornym żołnierzu. Musiała taka być, ponieważ próbowałem umieścić własną historię w klimacie SF.

Czy bohaterowie powieści też mają swoje pierwowzory w Pańskim oddziale?

Tak, ale to nie są konkretni ludzie. Z każdego brałem po troszkę. Śmieszna rzecz, ale w wojsku cieszyłem się z bycia pomiędzy kumplami, którzy współdziałają. Może podobnie byłoby, gdybyśmy byli w jednej sportowej drużynie czy jako załoga na statku. Nie wiem, bo nigdy nie pracowałem w innym zawodzie niż jako żołnierz i wykładowca na uczelni.

Czyli tylko Mandella jest Haldemanem.

Mandella to moje przekręcone nazwisko, a występująca w książce postać Marygay Potter nawiązuje do mojej żony.

Kiedy zaczął Pan pisać i czy od razu było to SF?

Miałem osiem albo dziewięć lat i stworzyłem coś na zasadzie komiksu. Pełen rakiet, dinozaurów, gwiazd. I bawiłem się tak przez kilka lat. Gdy poszedłem do szkoły średniej, zająłem się poezją. W college’u uczestniczyłem w zajęciach pisarskich i stworzyłem trzy opowiadania. Wtedy zostałem wzięty w kamasze. Gdy wróciłem z Wietnamu, Gay przepisała opowiadania na maszynie i dwa z nich udało się sprzedać. Dostałem za nie sporo pieniędzy i mogliśmy z nich żyć przez miesiąc. Pomyślałem, że można z tego zrobić zawód. Nie marzyłem o zdobyciu dużych pieniędzy, ale uznałem, że jest szansa wywinąć się od prawdziwej pracy. I udało się.

Sporo powieści science fiction opisuje wojny, ale niewielu pisarzy było na polu bitwy. To rzutuje na ich twórczość?

Dużo fantastyki jest pisane przez ludzi, którzy nie mają doświadczenia w prawdziwej walce. Jeśli jesteś dobrym pisarzem z ogromną wyobraźnią, możesz pisać o temacie bez dotknięcia go w rzeczywistości. Tworzenie utworów o wojnie jest o tyle ciekawe, że można pisać o trudnych wyborach, których ludzie w zwykłym życiu nie muszą podejmować.

W Polsce przetłumaczono tylko cztery powieści Pana autorstwa, serię „Wieczna wojna” i „Kamuflaż”. Którą z pozostałych prac poleciłby Pan czytelnikom.


„1968” to jedna z tych, które wyszły mi najlepiej. Bardzo lubię też właśnie „Kamuflaż”.

Niektórzy zarzucają „Kamuflażowi”, że solidną fabułę psuje nieco westernowe zakończenie.

Możliwe. Czuję się winny. (śmiech)

Jest sporo remake’ów czy kolejnych części różnych filmów SF, a uznana „Wieczna wojna” nie została zekranizowana*.


Dostałem pieniądze za sprzedanie praw do ekranizacji. Dysponuje nimi Ridley Scott. Nierzadko zdarza się, że prawa są kupowane nie po to, by szybko zrealizować film, ile żeby ktoś inny go nie zrobił. „Wieczna wojna” jest tak uziemiona od dziewięciu lat. Może jej nigdy nie zrobią, ale ja nie mogę już jej nikomu sprzedać. Sam napisałem jej scenariusz, jednak filmowcy nie chcieli go widzieć.

Chciałby Pan zobaczyć taki film?

Z przyjemnością. Nie miałbym dużych nadziei na pomoc w przełożeniu jej na język filmu, ale kogo to obchodzi. Pieniądze też nie są tu istotne.

Ja bym się jednak trochę bał, ponieważ filmy potrafią zniszczyć rewelacyjną literacką opowieść.

To prawda. Większość filmów spłaszcza książkę, ale i tak bym zaryzykował.

Na koniec proszę zdradzić tytuł swojej ulubionej książki i pisarza.

Przeczytałem ich mnóstwo, a moje literackie sympatie od czasu do czasu się zmieniają. Często wracam do „The Red Badge of Courage” Stephena Crane’a i zawsze uczę się od Hemingway’a. Ciągle czytam jego utwory. Wykładam o nich i lubię je, choć nie uważam, żeby był najlepszym amerykańskim pisarzem. Wciąż daje mi lekcje. Może on też by się czegoś ode mnie nauczył, ale niestety nie ma możliwości.

*Już po wywiadzie, bo na początku maja, wytwórnia Warner Bros. , po batalii z Sony, odkupiła prawa do adaptacji „Wiecznej wojny”. W roli głównej ma wystąpić Channing Tatum, scenariusz napisze Jon Spaihts, a producentem będzie Roy Lee. Nie ujawniono, kto wyreżyseruje film oraz kiedy trafi on do kin.

A tak było na Pyrkonie 2015:


Książki

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!