Lubuskie! Tu się żyje. 100 km nie męczy! Kiedy tylko mogę, biorę swój rower i uciekam za miasto. Od tej strony Zielonej Góry nie znacie!

RedakcjaZaktualizowano 
Mówią, że jestem „świrem”. Kiedy tylko mam wolny dzień - mimo iż spać kładę się około północy - jestem w stanie obudzić się i postawić swój organizm na nogi już o 3-4 nad ranem! Ale nie robię tego bez przyczyny, oczywiście.

To, co moje oczy widzą przez kolejnych kilka godzin, jest powodem do zazdrości wśród wielu moich znajomych. A może i któregoś z Was?

Dwa koła, jedna pasja

Wiele osób zachwala Winny Gród. Stary Rynek, Bachusiki, kolorowe kamienice, parki, fontanny, palmiarnia, puby, lodziarnie, kawiarnie. Miejsca idealne do wypoczynku, spacerowania, fotografowania. Ale nie dla mnie! Kiedy tylko mogę, biorę swój rower i uciekam za miasto. Dziesiątki kilometrów ścieżek, dzika przyroda, zwierzęta, malownicze krajobrazy, jeziora, schowane w lasach tajemnicze budowle. Człowiek czuje się wolny. Ja jednak stawiam na takie wyprawy z jeszcze jednego powodu. Żadne miejsce w Lubuskiem nie jest w stanie tak dać w kość kolarzowi górskiemu, jak zielonogórskie wzgórza. To idealne tereny na samotne oraz rodzinne wyprawy. To właśnie tutaj przygotowuję się do najbardziej wymagającego ścigania MTB w Polsce. I to właśnie tutaj zaszczepiłem w sobie pasję, jaką jest rower.

Nim jeszcze słońce wstanie, ja już jestem po porannym, lekkim śniadaniu, kawie i rozciąganiu (to niezwykle ważny rytuał dla każdego kolarza). Do plecaka pakuję dwa banany, łyżki do opon, pompkę, dwie dętki. Nie zapominam o pełnym bidonie. Zapinam kask, wpinam się w zatrzaski na pedałach, zakładam rękawiczki, uruchamiam nawigację i ruszam.

Zobacz również: Mój trzeci udział w Uphill Race Śnieżka 2018

Zawsze zaczynam przy zabytkowej Wieży Braniborskiej (przy niej akurat mieszkam), a przed moimi oczami maluje się zaspana panorama miasta. Jeśli wcześniej umówicie się z opiekunem wieży, to wchodząc na jej szczyt, możecie zobaczyć jeden z najpiękniejszych widoków. Przy dobrej pogodzie widoczność sięga nawet 100 km! Mieszkanie w najwyższym punkcie w mieście ma jeszcze jedną ważną zaletę. Nic tak dobrze nie kończy ponad trzygodzinnego treningu, jak morderczy podjazd.

5 rano, zabawa skończona

Zaczynam jazdę w Parku Braniborskim. Nie jest on co prawda duży, ale potrafi zmęczyć. Główne ścieżki rzeczywiście wydają się bardzo przyjemne, ale te wąskie, schowane za zaroślami liczne podjazdy, zjazdy odkrywają prawdziwy urok tego miejsca. Mój trening zaczyna się delikatnym rozjazdem, dziesięciominutowym rozgrzaniem mięśni, aby na późniejszym etapie wszystko grało, jak dekalog kolarza mówi.

Jest bardzo przyjemnie niezależnie od pogody, wierzcie mi. Przy bezchmurnym niebie, kiedy odbijam w kierunku Lasu Piastowskiego zaraz po wyjechaniu ze strefy braniborskiej, za moimi plecami zaczyna wschodzić słońce. Czasami specjalnie zmieniam swój plan jazdy, aby przez kilka minut napawać się tym widokiem. A to dopiero okolice godziny 5 rano. Kiedy większość zielonogórzan przewraca się w łóżku na drugi bok, ja mam już za sobą panoramę miasta i zapierający dech wschód słońca. Przed sobą: kilometry dróg pełne niespodzianek.

Oddech, wytrzymałość, technika

Niewiele osób zdaje sobie sprawę, że życie toczy się także (dla mnie głównie) poza granicami miasta. I choć jeżdżę tymi odcinkami dziesiątki razy w roku, zawsze znajdzie się coś, co może mnie zaskoczyć. Okolica Zielonej Góry pocięta jest wręcz szlakami dla rowerzystów, spacerowiczów, biegaczy, zwolenników nordic walkingu. Uwielbiam Wzgórza Piastowskie i to właśnie tam spędzam najwięcej czasu na rowerze. Niezależnie od pory roku (a jeżdżę cały czas bez względu na warunki atmosferyczne) tereny te najlepiej moim zdaniem wyrabiają umiejętność odpowiedniego rozkładania sił, właściwego oddychania i przede wszystkich szlifują technikę, bez której ciężki jest żywot kolarza górskiego.

Urozmaicajmy swoje pasje

Wiosną i latem Wzgórza Piastowskie często witają mnie poranną rosą i delikatnie unoszącą się mgłą. Sceny jak z filmów przyrodniczych, powiecie? A co jeśli do tego dorzucę jeszcze widok sarny, jelenia, a nawet dzika? Robi się ciekawie? To teraz sobie wyobraźcie, że mam tak niemal na co dzień. Podczas deszczowej pogody, czy zimą, kiedy akurat śnieg nie skrzypi mi pod oponami, jeżdżąc w lesie lubię słuchać muzyki, która jeszcze bardziej mnie nakręca. Ale nie grzeszę za często, bo nic nie jest w stanie zastąpić budzącego się o poranku dzięcioła, walącego w pień drzewa.

Zobacz również: Luty 2019. Wraz z redakcyjną kolegą pokonaliśmy trasę zielonogórskiego ultramaratonu

Moim oczom ukazuje się żywsza strona (bo pełna zwierząt) Ogrodu Botanicznego, a w okolicach amfiteatru stok narciarski oraz charakterystyczna Góra Tatrzańska. To miejsce jestem w stanie podziwiać bardzo dokładnie, bowiem mijam je dosyć stromym zjazdem od strony Parku Piastowskiego. Dlaczego? Bo mogę, potrafię i chcę. Staram się jak najbardziej urozmaicać sobie jazdę.

Bismarck Tower

Kolejnym punktem na mojej rowerowej mapie do którego zmierzam jest Wieża Bismarcka. Zanim jednak do niej dotrę, jadąc od strony Wzgórz Piastowskich, muszę pokonać wymagający piaszczysty teren z garścią całkiem ambitnych podjazdów. Mijany oczywiście po drodze krajobraz w postaci m.in. majestatycznego Jeziora Pustelnik czy ruin młyna rekompensuje wylany pot. Docierając do samej wieży jestem trochę zziajany, ale to normalne.

Mierząca 20 m Wieża Bismarcka nazywana również Wilkanowską zbudowana została z czerwonej cegły około 1902 r. W Polsce z 40 zachowało jedynie 17 takich obiektów (na świecie wzniesiono łącznie 240). Wieża, którą możemy podziwiać, znajduje się na szczycie Wilkanowskiej Góry (Kosowej Góry). Nie bez powodu można się, jadąc tutaj, zmęczyć. Znajdujemy się w końcu na najwyższym wzniesieniu Wału Zielonogórskiego, czyli 221 m n.p.m.

Warto na chwilę zsiąść z roweru. Przed oczami rozpościera się przepiękny widok, który zawdzięczamy lodowcowi. Dziś wieża należy do Nadleśnictwa Zielona Góra i pełni funkcję przeciwpożarowej oraz punktu obserwacyjnego. Zachwycać można się nią o każdej porze roku. Mnie udało się nawet wdrapać na szczyt. Widok z góry? Nie do opisania!

Słynne rozlewisko i mroczny pełen niespodzianek las

Z Wilkanowskiej Góry rower niesie mnie w miejsce, gdzie w okresie jesienno-zimowym znajduje się słynne rozlewisko. Chodzi o teren w okolicach Jarogniewic. Deszczowa aura może sprawić, że w zasadzie nie da się tam przejechać na sucho.

Dlaczego uwielbiam to miejsce? Bo zawsze ma w sobie coś dzikiego. Latem wydaje się bardzo przyjemne, zaś zimą potrafi zaskoczyć i być nieprzewidywalne. Podobnie jest ze znajdującym się kilkadziesiąt kilometrów dalej Lasem Odrzańskim, który wręcz „uwielbiam”. Jest to bardzo specyficzne miejsce, gdzie zawsze czuję się nieco odizolowany. W zależności od aury panuje tam niepokojący półmrok lub efekt nieśmiało przebijającego się przez korony drzew słońca. Ach, no i wilgoć! Przygotujcie się, że po wizycie w tym lesie wasz rower zupełnie nie będzie przypominał pojazdu sprzed kilkudziesięciu minut. To zupełnie tak jakbyście nagle zaczęli ścigać się w bagnistym terenie. Z doświadczenia jednak wiem, że niektórzy lubią takie klimaty. Ja w tej stawce jestem gdzieś pośrodku. Owszem, mogę się umorusać, ale bez przesady.

Zobacz również: A tak kończyliśmy sezon 2018 Grand Prix Kaczmarek Electric MTB w Wolsztynie

Z nurtem Odry

Pokonując pierwszą część Lasu Odrzańskiego wjeżdżam wprost na wał na Odrze. Jadąc nim ma się wrażenie płynięcia z nurtem rzeki. Warto tutaj zachować czujność. Już niejeden zagapił się i stracił równowagę. W tym miejscu mam ponad 70 km w nogach. Zmęczenie daje się we znaki, zatem większa czujność nie zaszkodzi. Dlatego właśnie tak ważne są przekąski podczas treningów i rozmaitych wypadów rowerowych. Mnie wystarczą dwa banany, żel energetyczny i woda, ale każdy organizm jest inny. „Płynąc” wałem, cały czas obcujemy z przyrodą. Specjalnie wybieram takie eskapady, aby tej natury było jak najwięcej. To ważne, zwłaszcza jeśli mieszka się w centrum miasta.

ZOBACZ GALERIĘ ZDJĘĆ:

Miasto się budzi

Po kilku kilometrach przychodzi czas odbić w lewo na Czer - wieńsk. Po drodze czeka mnie jeszcze kilka wymagających podjazdów, ale dla zaprawionego kolarza i one nie są problemem. Piaszczyste i utwardzone podłoże sprawia, że te ostatnie kilometry treningu stają się bardzo przyjemne. Kilkadziesiąt kilometrów dalej mój „krążownik” wreszcie dociera do lotniska w Przylepie. Stamtąd, jadąc wzdłuż Trasy Północnej, mijam bardzo powoli budzące się do życia miasto. Zerkam na zegarek, jest ok. godz. 7.20 rano.

W drodze do domu mijam zaspanych, ziewających ludzi, którzy leniwie idą po bułki do piekarni. Ech, gdyby tylko wiedzieli, co właśnie przeżyłem... Jeszcze tylko podjazd pod Wieżę Braniborską i jestem w domu.

Każdy kilometr trasy, którą właśnie pokonałem bombardował moje zmysły, zaś natura z jaką, jako rowerzyście, przyszło mi obcować, potrafiła zaskoczyć i zmusić do dodatkowego wysiłku. I to jest piękne!

Czas na mnie. W nogach ponad 100 km, więc zatrzymuję trening, wyłączam GPS, przekraczam próg domu, parkuję rower, rozciągam się, biorę prysznic i naładowany kilogramami endorfin, świeżo zaparzoną kawą budzę żonę. Można zacząć drugą część poranka. Jest godz. 8. Dzień dobry!

POLECAMY RÓWNIEŻ PAŃSTWA UWADZE:

Jaki rower kupić? Na co zwrócić uwagę, gdzie nie kupować? Jak ustawić siodełko? [PORADNIK/CENY - kwiecień 2019]

Wideo

Materiał oryginalny: Lubuskie! Tu się żyje. 100 km nie męczy! Kiedy tylko mogę, biorę swój rower i uciekam za miasto. Od tej strony Zielonej Góry nie znacie! - Gazeta Lubuska

Komentarze 3

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.
s
stan

Ja mam 68 lat i pokonuje swobodnie ok. 40 km. Trzeba niestety ćwiczyć. Pozdrawiam

zgłoś
G
Gość

Uwielbiam jeździć rowerem, niestety, czasu nie cofnę, a mam 62 lata i sił mi brak :) jeżdżę, owszem, ale max. to 10 km. Wiem, że popełniłam błąd kupując rower miejski. Masakra!! ledwie to się porusza, ciężko rozpędzić. Pod górkę, to jest bardzo ciężko, a przecież Zielona Góra i okolice, to same górki i z górki :) kiedy byłam młoda, nie widziałam żądnych górek, a teraz...szkoda gadać...same górki :)) marzy mi się taka trasa leśnymi ścieżkami, ale nie rowerem miejskim! chyba sprzedam ten rower i kupię inny. Tylko jaki? Czy mając 62 lata, jak ja, można jeszcze zdobywać góry?? czy można zatrzymać czas, wsiąść na rower i pędzić przed siebie?? chyba już nie.

zgłoś
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3