O tym, jak wyglądają kulisy kręcenia programu „Ugotowani” opowiada Marta Sobieszek, gorzowianka, architekt wnętrz

- Uwielbia pani gotować?
- (śmiech) Gdyby to był program tylko o gotowaniu, to pewnie by mnie tam nie było. Co nie znaczy, że nie lubię gotować. Sprawia mi to przyjemność. I jak już coś przygotowuję, to chcę żeby to było na dobrym poziomie. Ale nie jestem pasjonatką, nie wyszukuję przepisów. I na co dzień nie mam na to czasu.

- Jak więc trafiła pani do programu?
- To przedziwna historia (śmiech). Byłam na parapetówce u znajomych, jednocześnie klientów, którym projektowałam dom. Jeden z kolegów fotograf zrobił nam tam sesje zdjęciową w formie niespodzianki. Zaczęłam żartować, że skoro jesteśmy tacy piękni i mamy tak piękne wnętrza, to powinniśmy pokazać w telewizji. I wtedy koleżanka powiedziała o castingu do „Ugotowanych”. Powiedziałam, że się zgłoszę. Ale potraktowałam to bardzo lekko. Jednak zadzwonili z tego programu do koleżanki, która prowadzi doradztwo personalne z propozycją wystąpienia w tym show lub z prośbą o pomoc w wytypowaniu odpowiedniego kandydata (producenci programu sami też wyszukują ciekawych osób w danym mieście - red.). Ona podpowiedziała im o mnie i takim sposobem zastałam wybrana spośród 1500 osób startujących w castingu. Przypadek chciał, że równo po trzech miesiącach, w tym samym domu, w którym urodził się pomysł wystąpienia w „Ugotowanych” nagrywałam fragment do mojego odcinka (śmiech).

- Pomału, pomału. Zadzwonili do pani i już?
- Nie. Najpierw był godzinny wywiad przez telefon. Potem próbny odcinek w moim domu, żeby zobaczyć jak wypadam przed kamerą. Potem znowu nagranie z krótkim, pięciominutowym gotowaniem. A że to było rano, to zrobiłam kanapki piękne i kolorowe. Panowie z TVN-u byli zdziwieni, ale chyba usatysfakcjonowani

- Zapadła decyzja, że jest pani w programie. Ruszyły nagrania. Jak to wyglądało od kuchni?
- Byłam w szoku, że to tak duże przedsięwzięcie. Ekipa, to aż 14 osób, które cały czas nam towarzyszyły. Dwóch reżyserów... Trzy auta ze sprzętem. Ciągle mam przed oczami obrazek z nagrań kolacji Borysa (jeden z uczestników „Ugotowanych” w Gorzowie - red.), która częściowo była nagrywana nad jeziorem w Zdroisku. Schodziliśmy na dół, w stronę wody. A cała ekipa - oświetleniowcy, operatorzy, te 14 osób stało przed nami. To zrobiło na mnie duże wrażenie. Bo miałam już do czynienia z naszą lokalną telewizją, gdzie do nagrań wystarczą dwie osoby.

- 14 osób z ekipy? Rozumiem, że w domu, jakoś można ich rozlokować. Ale w małym mieszkaniu w bloku?
- Wynajmują mieszkanie obok, lub pod uczestnikiem programu.

- Dwóch reżyserów. Czyli trochę program jest podkręcany przez nich, żeby coś się działo?
- Właśnie nie. Wszystko jest autentyczne i spontaniczne. Już na początku zaznaczono nam, że to program rozrywkowy i żeby lekko wypadł, musimy być naturalni. Nawet w scenkach o uczestnikach, to my sugerowaliśmy, gdzie i jak chcemy się pokazać, o czym opowiedzieć. Tylko nie mogliśmy się ze sobą kontaktować między kolacjami.

- Przed emisją programu był stres?
- Trochę tak. Bo to jednak był tydzień nagrań, a program trwa chwilę. Nie wiadomo było więc, które ujęcia wejdą. Samo przygotowanie kolacji, to cztery godziny pod okiem kamer. Ale najbardziej bałam się tego uszczypliwego komentatora w tle. Jednak nie jest tak źle, widocznie trzeba naprawdę sobie zasłużyć na jego ironiczne i ostre komentarze (śmiech).

- W pierwszym odcinku trafiła pani na kolację do swojego byłego mieszkania. To był przypadek?
- Tak. Że tam idę zorientowałam się już pod blokiem. Kiedy wysiadłam z taksówki, normalne, że spojrzałam na swoje byłe okna, tak z sentymentu. A tu wielka lampa i łuna światła o godz. 16.00, kable, dwóch panów na balkonie (śmiech). Tyle, że myślałam, że idę do poprzednich lokatorów, też znajomych. Nie wiedziałam, że już tam nie mieszkają.

- I tam, u pierwszej gospodyni na kolacji, Malwiny, dowiedziała się pani, że jest wegetarianką. Aż szczęka pani opadła, gdy to usłyszała. To był aż taki problem?
- Średnio to komfortowe. Chyba nie tylko dla mnie. Mieliśmy zaplanowane menu. A tu muszę zrobić dwa dania osobno dla Malwiny, bo na przystawkę podawałam mięso, a na danie główne rybę, której ona też nie je.

- Po skończonych nagraniach spotyka się pani z pozostałymi uczestnikami?
- Szczerze? Polubiliśmy się, było bardzo miło poznać tak ciekawych ludzi. Ale przyjaźni raczej z tego nie będzie. Każdy z uczestników ma swój świat, jesteśmy zabiegani. Co nie znaczy, że nie byłoby miło się spotkać. I nie o wygraną w tym programie chodzi. To była naprawdę świetna przygoda. Tydzień inny niż wszystkie.

Z regionu

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w Polityce Prywatności. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!