Autor: Marcin Śpiewakowski

2016-03-04, Aktualizacja: 2016-03-23 15:18

Kazik: Powinniśmy być dumni z Lecha Wałęsy

- Nie wymagajmy od nikogo bycia niezłomnym bohaterem - mówi Kazik Staszewski. Rozmawialiśmy z nim m. in. o Lechu Wałęsie, współczesnej Europie widzianej oczami syryjskich imigrantów oraz o tym, dlaczego czasem czuje się jak Andrzej Gołota polskiej muzyki.

Jesteś, czy tego chcesz czy nie, pewnym symbolem ruchu antypirackiego w Polsce. Ostatnio toczy się spór o streaming i o to, czy artystom się to w ogóle opłaca…

Ja nawet nie do końca wiem, co to jest streaming. Słowo honoru, ja jestem bardzo słaby, jeśli chodzi o te historie, umiem obsługiwać Youtube’a i wysyłać maile. Nie mam nawet prywatnego konta na Facebooku.

Dlaczego? Nie masz pokusy – tak jak inni artyści – żeby zabrać głos jako osoba publiczna?

Swoje najbardziej istotne opinie zawieram w tekstach i wiele więcej nie mam do dodania. Istnieją pewne granice wywlekania swojej prywatności. I tak jestem osobą na tyle publiczną, że na zbyt wiele nie mogę sobie pozwolić. Mogę się zbezcześcić w czterech ścianach swojego domu, ale poza nimi już nie bardzo.

To by coś zmieniło w Twoim życiu, gdyby jakiś tabloid napisał, że Kazik jest pijany w barze?

Nie ucieszyłbym się z tego faktu. Zresztą, zapytaj Krzysztofa Piesiewicza, co by to zmieniło, gdyby sfotografowali go z białym proszkiem, przebranego w damskie ciuszki. Dla mnie to nic nie zmieniło (śmiech). A on to bardzo przeżył. Jakiś czas temu pojawiła się historia z likwidowaniem naszego nieoficjalnego forum. To nie była nawet moja inicjatywa, ja to tylko przyklepałem, zresztą teraz żałuję, że tej strony nie ma. Ale cały ten ruch w Internecie poszedł na mnie – i ja to naprawdę bardzo przeżyłem. Po tej akcji przestałem czytać cokolwiek na swój temat w Internecie. Kiedyś, kiedy pisałem felietony dla Wirtualnej Polski, nie znałem jeszcze zasad, których osoba publiczna powinna przestrzegać w Internecie, i czytałem komentarze. To było bardzo bolesne. Dlatego upubliczniam tylko to, co chcę – czyli przede wszystkim swoją sztukę.


© Bartek Syta/Polska Press Grupa



Jest jedno pytanie, którego nie mogę nie zadać. Piosenka o Lepperze po jego śmierci zniknęła z koncertów Kazika na Żywo, utwór „Łysy jedzie do Moskwy” o Oleksym graliście regularnie. Nie miałbyś oporów, żeby zagrać teraz „100 milionów”, w kontekście tego, że Wałęsa to ostatnio bardzo kontrowersyjny temat?

Właściwie czemu nie? „100 milionów” dotyczy zupełnie innych spraw niż te, o których się obecnie dyskutuje. Dla mnie to zresztą nie jest temat kontrowersyjny, bo wiadomo od 1992 r., że on tym agentem był, co nie zmienia jego roli w przekształceniach, które dokonały się w Polsce w latach osiemdziesiątych. To słynne oświadczenie po opublikowaniu listy Macierewicza jednoznacznie wskazuje, że coś było na rzeczy. Myślę, że strategia komunistów polegała na tym, że oni go w tym Arłamowie odizolują, złamią, potem postawią na czele jakiejś fasadowej organizacji i będą mieć w nim sojusznika. Cała jego wielkość polega na tym, że wtedy nie pękł. Brzydko mówiąc, "wyruchał" ich potem, jak chciał. I to, że się nie złamał, dało niezwykłą siłę temu ruchowi w momencie, kiedy wydawało się, że wszystko jest już stracone. Przypomnijmy, że Józef Piłsudski też był agentem obcego wywiadu, a nie odbiera mu to w żaden sposób miejsca w panteonie największych polskich postaci.
Ogromną niestosownością – żeby użyć takiego łagodnego określenia – jest twierdzenie, że Wałęsa działał na pasku komunistów do samego końca. Bardzo wygodnie jest oceniać z punktu widzenia, dajmy na to, Jarosława Kaczyńskiego, który był na tyle szeregowym i nic nieznaczącym członkiem Solidarności, że nawet się nie pofatygowali, żeby go internować.

To tak, jakbym ja – który też wychowałem się w cieplarnianych warunkach – brał się za ocenianie młodych ludzi, których aresztowało gestapo. Nie wymagajmy od nikogo bycia niezłomnym bohaterem.



Czyli Twoja ocena Wałęsy nie zmieniła się?

Ja tego człowieka bardzo szanuję. Był postacią o ogromnym potencjale charyzmatycznym, a to bardzo rzadka cecha. Kiedy byłem w 1988 r. w Anglii, Margaret Thatcher wizytowała Polskę, więc BBC mocno wałkowała temat. Pojawiły się tam rozmowy z Rakowskim i Jaruzelskim, którzy wyglądali jak kacykowie z bardzo prowincjonalnego kraju i wypadli fatalnie. Natomiast Wałęsa zagospodarowywał cały ekran i był postacią kreującą całą sytuację, nawet pomimo tego, że nie mówił po angielsku. Myślę, że po jego niezbyt udanej prezydenturze popełniliśmy błąd, że nie wykorzystaliśmy jego potencjału, bo była to postać znana na całym świecie.

Pytam, bo mam wrażenie, że dla ludzi z mojego pokolenia to jest postać niemożliwa do oceny. Z jednej strony pojawiają się takie opinie jak Twoja, z drugiej – jest coś, co można przeczytać, choćby w „Idę tam gdzie idę” [wywiad-rzeka z Kazikiem]: Dobrze to opisuje jedna akcja z Remontu. Przypałętał się jakiś koleś i opowiada o zadymie: "No i chłopaki z Solidarności zaczęli napierdalać się z milicją". Radziwiłł stał obok i mówił do niego: "I Jaruzelski, i Wałęsa, wszyscy takie same skurwysyny". Byłem tego samego zdania.

Wiesz, subkultura punkrockowa dystansowała się do całego sytemu. Kontestowaliśmy i negowaliśmy racje obu stron, ale nie zapominaj, że miałem wtedy 17 lat i patrzyłem na wszystko inaczej, niż mając 53. Stanowiłem wtedy miks punkowej rebelii i idei Babilonu, popartego dosyć dużymi ilościami marihuany, co też trochę skrzywiało idee. Byłem wtedy też pod mocnym wpływem świadków Jehowy.

Gdzieś przeczytałem, że przestało Ci być po drodze ze świadkami Jehowy, bo próbowali Cię odciągnąć od muzyki. To prawda?

Tak, pojawiały się takie sugestie. Paradoks polegał na tym, że muzyka była wtedy moim hobby, nie zarabiałem na tym pieniędzy, studiowałem socjologię, jeździłem za granicę dorobić…

Umieśćmy to w czasie – który to mógł być rok?

To się zaczęło dokładnie tydzień po wprowadzeniu stanu wojennego. Zacząłem się angażować politycznie. Brałem udział w strajku okupacyjnym tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego. Siedzieliśmy na Karowej z sześć tygodni, okopani i gotowi do konfrontacji. Przyjeżdżali Adam Michnik i Stefan Kurowski, ekonomista, i mówili, że system komunistyczny jest na zupełnym wykończeniu. Pamiętam takie bajki, że Breżniew zgodził się na przekształcenia i model zbliżony do Finlandii, bez wyjścia z Układu Warszawskiego. I w takiej atmosferze komuniści w parę godzin rozprawiają się z całym ruchem. Wszystko mi się zawaliło. Podejmowałem jeszcze jakieś próby docierania do dziennikarzy zagranicznych – zanieśliśmy do Tima Sebastiana, brytyjskiego dziennikarza, informację, że Petrochemia w Płocku stoi. Wiesz, teraz z perspektywy czasu myślę, że on miał wtedy w dupie, czy Petrochemia stoi, czy nie stoi. (śmiech) W Warszawie wtedy działy się dużo ważniejsze rzeczy. Nie było wiadomo, gdzie jest Wałęsa, gdzie jest cała wierchuszka Solidarności. W każdym razie świat mi wtedy runął.

Rozumiem, że wtedy pomogli Ci świadkowie Jehowy?

Tak. Przyszli i powiedzieli mi: „co tam stan wojenny, nie ma się czym przejmować - zobacz, to jest zamierzenie Jehowy w stosunku do ludzkości”. I to postawiło mnie na nogi, bo tonący brzytwy się chwyta.

No dobrze, ale jak to się wszystko ma do muzyki?

A no tak, bo oczywiście poleciałem znowu na boki... Jest bardzo wielu muzyków, którzy są świadkami Jehowy, choćby Prince. Swoją drogą, Prince podobno chodzi od domu do domu i głosi słowo Boże, ale z ochroniarzami. (śmiech) Świadkowie Jehowy przykładają bardzo dużą wagę do tego, że trzeba pracować, ale czas wolny powinien być pożytkowany tylko na głoszenie słowa Bożego. Wszystko inne jest marnowaniem czasu. I o ile Prince mógł to robić, to my nie – bo my w wolnych chwilach chodziliśmy na próby i graliśmy jakieś sporadyczne koncerty. To się bardzo nie podobało i coraz bardziej dosadnie mi to przekazywano. A ja muzykę ukochałem na tyle, że wybór był dla mnie jasny.

© Łukasz Zarzycki


Gdybyś podjął inną decyzję, nie byłoby Kultu?

Nie byłoby. Jacek Szymoniak czy Piotrek Wieteska w tamtym momencie wyrzekli się muzyki. Ja nie potrafiłem. Zostałem sam i musiałem kleić Kult na nowo, bo to przecież byli bardzo ważni muzycy. Piotrek zresztą po dziesięciu latach zgłosił się do mnie i powiedział, że to był błąd. Tyle tylko, że w międzyczasie minęło dziesięć lat. W Kulcie grał już od dawna ktoś inny. Byliśmy zresztą postaciami bliźniaczymi, bardzo podobnie myśleliśmy. I zawdzięczam mu to, że nie ponosząc żadnych szkód, mogłem zobaczyć, jak wyglądałoby moje życie, gdybym wtedy zrezygnował z muzyki. I na pewno też bym żałował.

Skoro już mówimy o religii – Paul Anka odwołał miesiąc temu całą europejską trasę z obawy przed zamachem terrorystycznym na jego koncercie. Twoim zdaniem Europa rzeczywiście nie jest już bezpiecznym miejscem, czy Paul Anka przesadza?

Wiesz, mam taką teorię – pewnie mnie wyśmiejesz – że tę histerię trochę pompują służby przeznaczone do walki z terroryzmem, żeby dostać większe środki. Tak jak ta historia z Brunonem K., który jakoby miał Sejm wysadzić w powietrze. Obstawiony od samego początku przez czterech agentów, jaką on miał szansę, żeby to zrobić? I była ogromna afera, że terrorysta z ciężarówką chciał wysadzić Zgromadzenie Narodowe.

Myślę, że dużo ludzi się nie zgodzi ze stawianiem znaku równości między Brunonem K., niezależnie od interpretacji tej sytuacji, a ekstremistami islamskimi, którzy strzelali w Bataclan w Paryżu.

Oczywiście, że zamachy w Paryżu, Madrycie czy na World Trade Center odbyły się naprawdę, ale pamiętajmy, że takie rzeczy działy się już w historii. Kiedy namiestników carskich wysadzali w powietrze w Warszawie, to też były akcje terrorystyczne, tylko przeprowadzone innymi narzędziami. Kiedyś asasyni mordowali sztyletami, później ktoś wskakiwał z trotylem do dorożki. Dzisiaj inny jest przepływ informacji: kiedy wybucha ładunek, cały świat wie o tym po trzydziestu sekundach. Ta prędkość jest dobrym zjawiskiem, ale też potęguje obsesje i strach. Jeśli damy się temu opętać, pozostaje nam tylko siedzieć w domu.



Domyślam się, że powiesz, że kwestia uchodźców też jest rozdmuchana?

Jeśli chodzi o Polskę – ze wszech miar. Główny argument jest taki, że oni nie chcą tu przyjeżdżać, bo nasz pakiet socjalny w porównaniu z Niemcami czy Anglią jest bardzo ubogi. Myślę, że największy problem polega na tym, że idea społeczeństwa multikulturowego nie do końca zadziałała. Jestem też w stanie zrozumieć pewne motywy muzułmanów, napisałem zresztą o tym piosenkę „Kalifat”. Zainspirowała mnie do tego wizyta w Dublinie. Przyjechaliśmy tam tuż przed rozpoczęciem roku akademickiego. Młodzi ludzie na ulicach miasta robili rzeczy, które mocno mnie zszokowały – a widziałem w swoim życiu niejedno – alkohol, narkotyki, przygodny seks. I to przecież dzieci robiły. Więc kiedy wyobrażam sobie pobożnego muzułmanina, który przyjechał z Syrii czy Iraku, to jest to dla niego piekło na ziemi. I myślę, że stąd wynika ta dwoista postawa, bo z jednej strony oni chcą przyjechać do tej Francji czy Anglii, ale w głębi serca gardzą tymi społeczeństwami i widzą zdemoralizowanych, bezbożnych ludzi, którzy myślą tylko o własnych przyjemnościach. I to jest rzeczywiście istotny kłopot, ale jeszcze długo nie będzie to dotyczyć naszego kraju.

Wróćmy do Kultu. Są już teksty na nową płytę?
Tak.

Na każdą płytę piszesz teksty zaangażowane politycznie, obserwacje społeczne. Ostatni krążek wydaliście trzy lata temu. O czym będą nowe piosenki? Co teraz denerwuje Cię w Polsce?

Nie będzie tylko o Polsce. Jest piosenka o tym, że charakter prowadzenia partii politycznej przez Kaczyńskiego i Tuska jest bardzo zbliżony, chociaż obaj stoją po przeciwnych stronach barykady. Będzie piosenka o Hiszpanii, historie dotyczące imigrantów polskich w Madrycie. Będzie rzecz o Ameryce, o tym, jak gigantyczną siłą jest duma z bycia Amerykaninem, o tym, jak oni mocno wierzą w te brednie o wolności, byciu narodem wybranym…

My też chyba trochę w to wierzymy.

Nie, my mamy bardzo duży kompleks niższości. Z jednej strony "numer jego czterdzieści i cztery", dawne bohatery i tak dalej, ale to się w ogóle nie przekłada na świadomość obecnego poczucia własnej wartości. Spytasz Amerykanina, jak leci, zawsze powie, że zaje***cie. A u nas jest narzekanie. Stanowimy duże mniejszości narodowe w Stanach, Anglii czy Hiszpanii, ale to się w ogóle nie przekłada na siłę polityczną.

Czyli nie ma w nas dumy z bycia Polakami?

Nie ma. Zauważ też, że na Zachodzie głównie stoimy za zmywakiem albo robimy na budowie. Większe kariery czy zajmowanie wysokich stanowisk to rzadkość. Dlatego gardzimy Murzynami i Arabami, ale w konfrontacji z Amerykaninem sami mamy poczucie niskiej wartości.

To powiedz mi dla odmiany, z czego jesteś dumny jako Polak?

Z Roberta Lewandowskiego. (śmiech)
Powinniśmy być dumni z Lecha Wałęsy, na pewno z Jana Pawła II, bo były to osoby, które wywarły spory wpływ na losy obecnego świata. Swego czasu byłem jeszcze dumny z Andrzeja Gołoty. (śmiech) To byli najbardziej rozpoznawani Polacy na świecie – to nie żart.




No i co? Duma z Gołoty bardzo szybko się skończyła.

Wiesz, trudno jest przestać robić to, co się kocha, a łatwo zacząć się ocierać o śmieszność. Czasem sam się zastanawiam, czy to nie jest już satyryczne, kiedy wychodzę na scenę, a połowa publiczności to dzieci. I to wiesz, takie dzieci, które mógłbym mieć późno. Myślę czasami, czy przychodzą na mój koncert jak na ciekawostkę, z której można się pośmiać. Chyba jeszcze nie. Ale Gołota ewidentnie nie wiedział, kiedy skończyć karierę. Natomiast nie zmienia to faktu, że dał mi tak szeroki wachlarz emocji, że nigdy mu tego nie zapomnę.

Poważnie myślisz sobie czasem o sobie, że będziesz Andrzejem Gołotą polskiej muzyki? Masz z tyłu głowy taką myśl, że może pora skończyć z graniem, zacząć siedzieć w domu i oglądać filmy?

No wiesz, tak spektakularnej porażki, jak on z Lamonem Brewsterem w 50. sekundzie, jeszcze nie zaliczyłem. (śmiech) Ale po pierwsze trzeba z czegoś żyć, a po drugie to cały czas daje mi to niesamowity "fun". Uwielbiam grać koncerty, to praca łatwa, lekka, przyjemna i do tego całkiem dochodowa. Dopóki jest zapotrzebowanie, w imię czego miałbym rezygnować z tego, co jest dla mnie wielkim spełnieniem? Musiałoby mi zdrowie szwankować, żebym się wycofał.

Rozmawiał Marcin Śpiewakowski, dziennikarz portalu warszawa.naszemiasto.pl

Zdjęcie główne: LUKASZ KASPRZAK/Polska Press Grupa

4 i 5 marca dwoma koncertami w warszawskiej Stodole Kult rozpoczyna trasę koncertową "Kult Anplakt", podczas której będzie można usłyszeć największe przeboje grupy w wersjach bez prądu. Grupa wystąpi w Toruniu, Poznaniu, Szczecinie, Łodzi, Wrocławiu, Katowicach, Krakowie, Gdańsku, Lublinie i Białymstoku. Szczegółową rozpiskę koncertów znajdziecie W TYM MIEJSCU.

Komentarze (6)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w Polityce Prywatności. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

imago (gość)

A co rzekomy Kazik dzisiaj brał że takie idiotyzmy opowiada ??? Jeszcze parę dni i zasugeruje nam że Stalin jest polskim bochaterem bo wyzwolił Polskę . Ze Wałęsa się broni to normalne jak to że 2+2=4 ,ale do tej obrony miesza wszystko i wszystkich ,ale ani on ,ani nikt tego nie potwierdza .Ja Wałęsie gratuluję szczęścia w totolotku ,może i ten rzekomy Kazik niech zagra ,zamiast wyć na scenie jak straż pożarna w PRL-u

igła (gość)

Muzykancie,mam pytanie czy Tusk,Kopacz,Rostowski,też byli internowani ?
Muzykancie wybiurczą masz pamięć.